Joy – Mistrzyni Miłości

Minęło prawie dwa lata odkąd doświadczyłam straty tej cudownej istoty, którą była moja ukochana sunia Joy.

Ta mała istotka w ciele psa, była potężnym Mistrzem.

Tak.  
Moje serce i pokorny umysł uznają Jej wielkość.

Łączyła nas potężna miłość. Taka, której nie da się opisać słowami. I może dla niektórych trudna jest do wyobrażenia.

Jak może z psem łączyć tak silna więź.

Może.

A może czasem dusze chcąc zrealizować swoje zadania i wzajemnie się rozwinąć, umawiają się na „dziwne” okoliczności.

Ból, tęsknota i poczucie straty były tak ogromne, jakby wraz z jej zaginięciem odszedł duży kawałek mnie.
Uzdrawianie tej rany trwało prawie dwa lata.
Nie rozumiałam jak to jest możliwe. Pytałam. Szukałam. Prosiłam o klarowność, o podpowiedzi i odpowiedzi.

Modliłam się i błagałam, by radość która odeszła razem z nią powróciła do mojego serca.

„Proście, a będzie wam dane.”

Dostajemy to o co prosimy. Lecz nierzadko droga jest inna niż byśmy sobie wyobrażali.

Myślałam, że nagle zaleje mnie jakaś nieziemska fala radości, która rozgości się w moim umyśle i sercu już na zawsze.

A tak się nie stało.

Moja droga do odzyskania umiejętności odczuwania radości – bez powodu, wiodła przez ciemną noc duszy.
Ból, łzy i konieczność dotknięcia najgłębszej rany.
Co oznaczało jedno. ODCZUĆ JĄ.
Ponownie. Przeżyć. Dożyć. Doświadczyć.

I pozwolić, aby uzdrowienie przyszło nie z ucieczki od bólu, ale poprzez jego pełne przeżycie.

Joy była moim symbolem radości, niewinności i tej części mnie, która przez lata czekała, aż zostanie naprawdę przytulona.
Jej zniknięcie otworzyło najgłębszy ból opuszczenia, który nosiłam od dawna. Poprzez tę stratę zostałam zaproszona do spotkania z miejscem w sobie, które najbardziej potrzebowało miłości.

To się uzdrawiało miesiącami. Ból wysączał się warstwa po warstwie, a ja świadomie wlewałam weń miłość. Kropelka po kropelce.

I wtedy uzmysłowiłam sobie coś niezwykle ważnego.
To, czego najbardziej potrzebowałam, kiedy zaginęła Joy, nie było pocieszeniem.

Potrzebowałam, żeby ktoś przy mnie i ZE MNĄ BYŁ.
Kiedy przechodziłam przez piekło, z sercem roztrzaskanym na kawałki, w psychicznym stanie niemal szaleństwa z rozpaczy – nie było nikogo, kto usiadłby obok mnie i powiedział:
„Czuję Cię.
Widzę, co przeżywasz.
Widzę, jakie to jest ogromne i rozrywające.
Jestem tutaj.
Nie musisz przez to przechodzić sama.”

Tyle. I aż tyle.

Dostrojona obecność drugiego, współczującego człowieka potrafi uczynić cuda.


Ja z moim bólem pozostałam sama. Choć ludzie mi pomagali szukać. Choć pocieszali.  To nie było tym, czego naprawdę potrzebowałam.

Czerwiec tego roku przyniósł doświadczenie pisane boską ręką. Poprowadziło mnie bezpośrednio do bólu, który jeszcze pozostał jako pamięć opuszczenia. Moje szczere pragnienie odzyskania radości życia było tak ogromne że potrzebowało niejako „wyczyścić” cały ten ból.

Wydarzyło się coś niezwykle ważnego.
Pierwszy raz usiadłam przy sobie sprzed tamtego czasu. I BYŁAM DLA SIEBIE OBECNA. Poprostu byłam, trzymając siebie za rękę. W moim umyśle, pod zamkniętymi powiekami, przeniosłam się do tamtego czasu.

Rozpuszczało się tyle bólu, że płakałam trzy dni.

W tym prostym geście – bycia dla siebie w pełni obecnej – dokonało się jedno z największych uzdrowień.

To była potężna lekcja, egzamin był powalający.
Czy było warto wracać do piekła? Dotykać najgłębszej rany? Czuć ten ogromny ból ponownie?

Dziś czuję się bardziej umocniona w Miłości. W Miłości  Stwórcy.

Moje serce pokorniej współodczuwa.

Stoję dla siebie stabilniej. Kocham głębiej. Ufam jeszcze mocniej. Jestem bardziej czuła, wrażliwa i obecna.

Czuję wartość życia samego w sobie. Mojego życia.

Jego piękno i ulotność.

Miłość Stwórcy do mnie. Jego opiekę i prowadzenie jeszcze silniej.

Wiem, że Prawda przynosi ulgę.

Wiem, że ból uWolniony przemienia się w Miłość.

JESTEM dla siebie bardziej i dzięki temu dla Ciebie również.

A przede wszystkim zaczęłam odczuwać ponownie RADOŚĆ. Delikatnie, łagodnie, czule. Po ludzku i tak po prostu.
POMIMO.


A moja kochana Joy… ♥️

Moja Mistrzyni Miłości.

Pozostawiła mi najpiękniejszy dar.

Joy nauczyła mnie kochać bez posiadania. ♥️

Wierzę kochanie, że żyjesz sobie szczęśliwie gdzieś na Bali, z nową rodziną.
Wierzę, że Twoja duszka wie, że nasza miłość nie potrzebuje już niczego posiadać, żeby trwać.
I jeśli tak żeśmy się umówiły, to nasze drogi zejdą się jeszcze w najlepszym momencie. W wewnętrznej wolności.

A jeśli Ty również potrzebujesz czasem Obecności drugiego człowieka…
Kogoś kto wie, co to znaczy rozpaść się na tysiąc kawałków.
Kogoś, kto potrafi usiąść obok Twojego bólu, obok Ciebie. Otulić Cię spokojem. 

To JESTEM tu dla Ciebie.

Wierna Miłości
Marta

Przewijanie do góry